W weekendy jeździmy do szkółki, a na tygodniu pracujemy sami
i utrwalamy sobie wszystko.
Lakiemu ogólnie nie najgorzej idzie, jedyne z czym ma problem, to chodzenie na luźnej smyczy na placu szkoleniowym. Albo się zapiera
i stwierdza że chodzić w kółko bez sensu to on nie ma zamiaru,
a jak już się zdecyduje to napina smycz i próbuje ciąąągnąć.
W "normalnych" warunkach wygląda to zazwyczaj lepiej.
Poza tym to dzielny pies z niego, i w miarę daje sobie radę z innymi ćwiczeniami.
Zaczynamy poznawać też trochę agillity. Na razie jest to głównie biegaaaanie przez tunel. :) Lakusiowi się to baardzo spodobało, i strasznie się z tego powodu cieszę!
Ciekawa jestem jak będzie sobie dalej radził :)
Czas nadrobić, tym bardziej że u nas sporo się dzieje :)
Zacznijmy od tego, że w sierpniu wybraliśmy się jednorazowo na szkolenie, aby zobaczyć jak to wygląda, jak tam jest itp :) Lucky pokazał co potrafi, 'pyskując' do drugiego yorka i borderki które były wtedy z nami... Dlatego też nieco później, gdy dowiedziałam się że jest możliwość uczęszczania na taki kurs posłuszeństwa - zapisałam tam Lakusia, i tak od września staliśmy się uczniami :)) Byliśmy jak do tej pory na dwóch zajęciach, i jak na razie bardzo nam się podoba :) Dostajemy mnóstwo cennych rad, a przy okazji mamy co weekend dużą dawkę socjalizacji, bo aby dojechać na szkolenie musimy przemierzyć drogę pociągiem i autobusami, gdzie bywają czasem dziwni ludzie (chociaż Lakuś i tak akurat z tymi nie ma problemu - kocha każdego ;) ), spacerujemy też po dworcach gdzie bywają straszne przejścia podziemne, schody, jest głośno, gwarno itd, uczymy się spokojnego czekania na przystankach i wyciszenia się właśnie w takich momentach, także tyle wrażeń sprawia że pies jest wymęczony zarówno fizycznie jak i psychicznie.
Jednak w ten weekend zamiast na szkolenie Lucky został oddany. Tymczasowo oczywiście. Ponieważ jechałam na wesele, i to dosyć daleko, musiałam oddać Lakiego na "przechowanie" do mojej przyjaciółki. Bardzo się o niego bałam, tzn. wiedziałam że będzie miał tam świetne warunki, ale nie byłam w stanie przewidzieć jak się będzie zachowywał beze mnie, w nowym miejscu (to było nasze pierwsze tak długie rozstanie od kiedy tylko Lucky jest u mnie - czyli od 3 lat). Zostawiłam Lakiego, sama ruszyłam w drogę, dopraszając się częstych relacji co tam się u niego dzieje ;) Okazało się, że Lucky czuł się w nowym miejscu jak ryba w wodzie, błyskawicznie zaakceptował nowych ludzi (chociaż co prawda wcześniej już ich znał), o mnie chyba zapomniał ;) , bo taaaak dobrze mu tam było, że nie miał czasu tęsknić. Z relacji wiem że był bardzo grzeczny, co mnie niezmiernie cieszy :)
Gdy przyszłam po niego to odtańczył taniec radości, i widać było że ucieszył się jak już wreszcie był w swoim domku :)) Jednak przydało nam się takie nowe doświadczenie, wiem teraz jak Lucky zachowuje się beze mnie,
i że całkiem nieźle daje sobie radę. To jest taki pies który błyskawicznie przystosowuje się do nowego otoczenia, warunków i wszędzie potrafi się odnaleźć :) Jednak ja swoje przeżywałam, to rozstanie o wiele bardziej było dotkliwsze dla mnie niż Lakiego ;)
Zacznijmy od tego, że w sierpniu wybraliśmy się jednorazowo na szkolenie, aby zobaczyć jak to wygląda, jak tam jest itp :) Lucky pokazał co potrafi, 'pyskując' do drugiego yorka i borderki które były wtedy z nami... Dlatego też nieco później, gdy dowiedziałam się że jest możliwość uczęszczania na taki kurs posłuszeństwa - zapisałam tam Lakusia, i tak od września staliśmy się uczniami :)) Byliśmy jak do tej pory na dwóch zajęciach, i jak na razie bardzo nam się podoba :) Dostajemy mnóstwo cennych rad, a przy okazji mamy co weekend dużą dawkę socjalizacji, bo aby dojechać na szkolenie musimy przemierzyć drogę pociągiem i autobusami, gdzie bywają czasem dziwni ludzie (chociaż Lakuś i tak akurat z tymi nie ma problemu - kocha każdego ;) ), spacerujemy też po dworcach gdzie bywają straszne przejścia podziemne, schody, jest głośno, gwarno itd, uczymy się spokojnego czekania na przystankach i wyciszenia się właśnie w takich momentach, także tyle wrażeń sprawia że pies jest wymęczony zarówno fizycznie jak i psychicznie.
Jednak w ten weekend zamiast na szkolenie Lucky został oddany. Tymczasowo oczywiście. Ponieważ jechałam na wesele, i to dosyć daleko, musiałam oddać Lakiego na "przechowanie" do mojej przyjaciółki. Bardzo się o niego bałam, tzn. wiedziałam że będzie miał tam świetne warunki, ale nie byłam w stanie przewidzieć jak się będzie zachowywał beze mnie, w nowym miejscu (to było nasze pierwsze tak długie rozstanie od kiedy tylko Lucky jest u mnie - czyli od 3 lat). Zostawiłam Lakiego, sama ruszyłam w drogę, dopraszając się częstych relacji co tam się u niego dzieje ;) Okazało się, że Lucky czuł się w nowym miejscu jak ryba w wodzie, błyskawicznie zaakceptował nowych ludzi (chociaż co prawda wcześniej już ich znał), o mnie chyba zapomniał ;) , bo taaaak dobrze mu tam było, że nie miał czasu tęsknić. Z relacji wiem że był bardzo grzeczny, co mnie niezmiernie cieszy :)
Gdy przyszłam po niego to odtańczył taniec radości, i widać było że ucieszył się jak już wreszcie był w swoim domku :)) Jednak przydało nam się takie nowe doświadczenie, wiem teraz jak Lucky zachowuje się beze mnie,
i że całkiem nieźle daje sobie radę. To jest taki pies który błyskawicznie przystosowuje się do nowego otoczenia, warunków i wszędzie potrafi się odnaleźć :) Jednak ja swoje przeżywałam, to rozstanie o wiele bardziej było dotkliwsze dla mnie niż Lakiego ;)
Kiedy Lucky cieszy się najbardziej?
Jak dowie się że idziemy na spacer.
A skąd o tym wie?
Wystarczy wypowiedzieć dwa magiczne słowa: "na dwór" albo... zbliżyć się do półki gdzie stoi aparat :)
Lucky skojarzył sobie dosyć szybko że aparat = długi spacer, więc wystarczy wziąć nikona do ręki, a pies już ma mega zaciesz, bo wie co się święci :)
Jak dowie się że idziemy na spacer.
A skąd o tym wie?
Wystarczy wypowiedzieć dwa magiczne słowa: "na dwór" albo... zbliżyć się do półki gdzie stoi aparat :)
Lucky skojarzył sobie dosyć szybko że aparat = długi spacer, więc wystarczy wziąć nikona do ręki, a pies już ma mega zaciesz, bo wie co się święci :)
Byliśmy wczoraj na zdjęciu szwów. Wszystko pięknie zagojone, a więc UFF - mamy to za sobą! :)
Dzisiaj mijają dwa tygodnie od kastacji, a ja zauważyłam u Lakiego sporo zmian w zachowaniu. Szczerze mówiąc nie sądziłam że nastąpią one tak szybko! Byłam przygotowana że mogę się czegoś spodziewać pod koniec lipca/sierpnia, tymczasem już teraz przestaję poznawać swojego psa ;)
Przede wszystkim - zrobił się z niego straszny głodomór! Ciągle szuka jedzenia, karmę je ze smakiem (wcześniej miska stała pełna nawet cały dzień, a pies łaskawie zjadał karmę dopiero wieczorem), jedna porcja mu nie wystarczy, bo on chce dokładkę... Mam wrażenie że JUŻ przytył (chociaż może sobie wkręcam, nie wiem...). Dlatego jako że już możemy chodzić na spacerki, będziemy z tego niewątpliwie korzystać i razem spalać kalorie ;)
No i sikanie. To jeszcze nie to co bym chciała, ale chyba idzie w dobrym kierunku ;) Pies nadal podlewa krzaczki, ale tak jakby trochę mniej. Raczej nie ma się co łudzić - wątpię aby znaczenie terenu znikło całkowicie, ale może chociaż trochę się osłabi.
Aha, po dwóch tygodniach bez żadnych zabawek, pokazane dzisiaj frisbee wywołało taniec radości w wykonaniu Lakiego :) Pięknie się szarpał, pięknie był nakręcony :) Jednak takie odstawienie zabawek na jakiś czas pozytywnie na niego działa :)

Dzisiaj mijają dwa tygodnie od kastacji, a ja zauważyłam u Lakiego sporo zmian w zachowaniu. Szczerze mówiąc nie sądziłam że nastąpią one tak szybko! Byłam przygotowana że mogę się czegoś spodziewać pod koniec lipca/sierpnia, tymczasem już teraz przestaję poznawać swojego psa ;)
Przede wszystkim - zrobił się z niego straszny głodomór! Ciągle szuka jedzenia, karmę je ze smakiem (wcześniej miska stała pełna nawet cały dzień, a pies łaskawie zjadał karmę dopiero wieczorem), jedna porcja mu nie wystarczy, bo on chce dokładkę... Mam wrażenie że JUŻ przytył (chociaż może sobie wkręcam, nie wiem...). Dlatego jako że już możemy chodzić na spacerki, będziemy z tego niewątpliwie korzystać i razem spalać kalorie ;)
No i sikanie. To jeszcze nie to co bym chciała, ale chyba idzie w dobrym kierunku ;) Pies nadal podlewa krzaczki, ale tak jakby trochę mniej. Raczej nie ma się co łudzić - wątpię aby znaczenie terenu znikło całkowicie, ale może chociaż trochę się osłabi.
Aha, po dwóch tygodniach bez żadnych zabawek, pokazane dzisiaj frisbee wywołało taniec radości w wykonaniu Lakiego :) Pięknie się szarpał, pięknie był nakręcony :) Jednak takie odstawienie zabawek na jakiś czas pozytywnie na niego działa :)
Dzisiaj mija dokładnie tydzień od kastracji.
Przez ten tydzień sporo się działo - były nieprzespane noce, pilnowanie Lakiego żeby nie rozwalił rany poprzez grzebanie sobie w niej, oraz żeby nie podrażniał sobie rany poprzez wchodzenie w wysokie trawy (a wiadomo, dla niskopodłogowca niemal każda trawa będzie wysoka), było też chodzenie psa w prowizorycznym kloszu na głowie i takie tam podobne rewelacje. W międzyczasie zaliczyliśmy też dwie wizyty kontrolne u weterynarza, gdzie do psiego ciałka za pomocą igły i strzykawki zostały wpuszczone bliżej nieokreślone płyny zwane antybiotykami ;)
Nie obyło się też bez problemów - w pierwszych dniach Lucky nie do końca kontrolował swoje czynności fizjologiczne, co skutkowało pojawieniem się kilka razy sporej plamy na podłodze... następnie zaczął sikać krwią (już na dworze), co wprawiło mnie w lekkie przerażenie, lecz kolejna wizyta u El Dohtore uspokoiła mnie trochę. Dostaliśmy receptę na tabletki, które przemycamy w jedzeniu już trzeci dzień, i nie chciałabym tu zapeszać, ale chyba jest już poprawa. W każdym bądź razie dzisiaj podczas porannego sikania krwi brak. I oby tak zostało.
Poza tym rana ładnie się goi - Lucky się nią już prawie nie interesuje.
Muszę powiedzieć że te pierwsze dni to był dla mnie koszmar. Oprócz pilnowania żeby pies nie dobierał się do szwów, musiałam pilnować żeby leżał. A to bardzo trudna rzecz. Bo on musi być ciągle w ruchu, i co go tam obchodzi jakaś rana, jak mu się nudzi?! Tak więc próbował wskakiwać na łóżko, pufki, koniecznie sam chciał wchodzić i schodzić po schodach, biegał, skakał, wariował, itp - więc musiałam mieć oczy dookoła głowy. Teraz tak jak pisałam rana się goi, więc już się tak nie martwię - pozwalam mu na wchodzenie/schodzenie z kilku schodków, czasami wskoczy na łóżko, lub pobiega za zabawką. Powoli wracamy do normalności. Na spacery długie też jeszcze nie chodzimy, z resztą z taką pogodą jaka była przez ostatni tydzień (deszcz deszcz i jeszcze trochę deszczu) nie żal nam było siedzieć w domu.
Wspominałam już że kupiliśmy transporter? Chyba nie. No więc, jako że ostatnio odwiedzaliśmy weterynarza dosyć często, uznałam że muszę kupić "pudełko", żeby łatwiej mi było transportować psa oraz żeby pies był czysty (przy takiej deszczowej pogodzie, jakby Lucky miał iść sam, byłby cały ubłocony - pokazać się w takim stanie wetowi to niezbyt dobry pomysł ;)). Więc w drodze do weta kupiłam transporter i zapakowałam do niego psa. Co prawda tak trochę na siłę, ale nie było czasu żeby Lucky przyzwyczajał się do niego w centrum miasta. Ale grzecznie siedział, więc było ok. Wróciliśmy do domu, postawiłam transporter na podłodze, żeby przywykł do jego widoku i może tak całkiem przypadkiem spróbował do niego wejść ;) Jak się pewnie domyślacie, zły wstęp zrobił swoje i Laki nie chciał nawet na niego spojrzeć. Zaczęłam mu wrzucać jedzenie do środka, potem wzięłam kliker i chciałam klikać mu wchodzenie do transportera. Gdy zobaczył kliker, włączyły mu się trybiki, i zaczął kombinować czego ja od niego chcę... Próbował zarzucać tylnymi łapami na transporter (ach, ta świadomość ciała...), a jak to nie pomogło... to na niego wskoczył... W końcu załapał aaaa, to trzeba wejść do środka, no taaak, to przecież takie proste! Od tej pory jak tylko zobaczy że coś jem, ładuje się do swojego lokum i czeka na nagrodę...(zdj. poniżej) /Ten pies zrobi wszystko za jedzenie/.
Powoli się jednak przekonuje że tak właściwie, to można tam też się zdrzemnąć, i nic się nie stanie. Ba, nawet jest w miarę wygodnie! Jednak i tak nic nie przebije pańciowego łóżka ;)
Przez ten tydzień sporo się działo - były nieprzespane noce, pilnowanie Lakiego żeby nie rozwalił rany poprzez grzebanie sobie w niej, oraz żeby nie podrażniał sobie rany poprzez wchodzenie w wysokie trawy (a wiadomo, dla niskopodłogowca niemal każda trawa będzie wysoka), było też chodzenie psa w prowizorycznym kloszu na głowie i takie tam podobne rewelacje. W międzyczasie zaliczyliśmy też dwie wizyty kontrolne u weterynarza, gdzie do psiego ciałka za pomocą igły i strzykawki zostały wpuszczone bliżej nieokreślone płyny zwane antybiotykami ;)
Nie obyło się też bez problemów - w pierwszych dniach Lucky nie do końca kontrolował swoje czynności fizjologiczne, co skutkowało pojawieniem się kilka razy sporej plamy na podłodze... następnie zaczął sikać krwią (już na dworze), co wprawiło mnie w lekkie przerażenie, lecz kolejna wizyta u El Dohtore uspokoiła mnie trochę. Dostaliśmy receptę na tabletki, które przemycamy w jedzeniu już trzeci dzień, i nie chciałabym tu zapeszać, ale chyba jest już poprawa. W każdym bądź razie dzisiaj podczas porannego sikania krwi brak. I oby tak zostało.
Poza tym rana ładnie się goi - Lucky się nią już prawie nie interesuje.
Muszę powiedzieć że te pierwsze dni to był dla mnie koszmar. Oprócz pilnowania żeby pies nie dobierał się do szwów, musiałam pilnować żeby leżał. A to bardzo trudna rzecz. Bo on musi być ciągle w ruchu, i co go tam obchodzi jakaś rana, jak mu się nudzi?! Tak więc próbował wskakiwać na łóżko, pufki, koniecznie sam chciał wchodzić i schodzić po schodach, biegał, skakał, wariował, itp - więc musiałam mieć oczy dookoła głowy. Teraz tak jak pisałam rana się goi, więc już się tak nie martwię - pozwalam mu na wchodzenie/schodzenie z kilku schodków, czasami wskoczy na łóżko, lub pobiega za zabawką. Powoli wracamy do normalności. Na spacery długie też jeszcze nie chodzimy, z resztą z taką pogodą jaka była przez ostatni tydzień (deszcz deszcz i jeszcze trochę deszczu) nie żal nam było siedzieć w domu.
Wspominałam już że kupiliśmy transporter? Chyba nie. No więc, jako że ostatnio odwiedzaliśmy weterynarza dosyć często, uznałam że muszę kupić "pudełko", żeby łatwiej mi było transportować psa oraz żeby pies był czysty (przy takiej deszczowej pogodzie, jakby Lucky miał iść sam, byłby cały ubłocony - pokazać się w takim stanie wetowi to niezbyt dobry pomysł ;)). Więc w drodze do weta kupiłam transporter i zapakowałam do niego psa. Co prawda tak trochę na siłę, ale nie było czasu żeby Lucky przyzwyczajał się do niego w centrum miasta. Ale grzecznie siedział, więc było ok. Wróciliśmy do domu, postawiłam transporter na podłodze, żeby przywykł do jego widoku i może tak całkiem przypadkiem spróbował do niego wejść ;) Jak się pewnie domyślacie, zły wstęp zrobił swoje i Laki nie chciał nawet na niego spojrzeć. Zaczęłam mu wrzucać jedzenie do środka, potem wzięłam kliker i chciałam klikać mu wchodzenie do transportera. Gdy zobaczył kliker, włączyły mu się trybiki, i zaczął kombinować czego ja od niego chcę... Próbował zarzucać tylnymi łapami na transporter (ach, ta świadomość ciała...), a jak to nie pomogło... to na niego wskoczył... W końcu załapał aaaa, to trzeba wejść do środka, no taaak, to przecież takie proste! Od tej pory jak tylko zobaczy że coś jem, ładuje się do swojego lokum i czeka na nagrodę...(zdj. poniżej) /Ten pies zrobi wszystko za jedzenie/.
Powoli się jednak przekonuje że tak właściwie, to można tam też się zdrzemnąć, i nic się nie stanie. Ba, nawet jest w miarę wygodnie! Jednak i tak nic nie przebije pańciowego łóżka ;)
| Lucky czekający na nagrodę |