Razem z Lakusiem życzymy Wesołych Świąt dla wszystkich odwiedzających!!! :)
Nadrabiając zaległości wrzucam szybko dwa linki: http://psynafali.pl/obi/?p=591 i http://www.temperament.com.pl/pl/2012/03/31/male-sprawozdanie-z-seminarium-obi-z-asia-hewelt/ :) W skrócie: świetne seminarium, świetna ekipa Na Fali, świetna organizacja, świetni ludzie, psy, nawet pogoda dopisywała :) Lakiemu załączyły się dodatkowe duracelki, dzięki czemu nie myślał totalnie, robił 15 rzeczy na raz, ale wiemy już co robimy źle, co jest naszą słabą stroną, teraz wystarczy tylko pracować, pracować, pracować...;) W każdym bądź razie mamy cichą nadzieję że na tym nasza przygoda z obi się nie skończy, i popróbujemy jeszcze czegoś w tym temacie :)
Ostatnio ćwiczymy sobie różne rzeczy - wczoraj na przykład byliśmy na świetnym yorkowo-borderowym spacerze, gdzie przypominaliśmy sobie przywołanie (od jedzenia, od zabawek), chodzenie przy nodze itd w rozproszeniach.
Dzisiaj udało mi się nakręcić filmik z naszego obecnego chodzenia przy nodze :) Dodatkowo "a kuku", z którym Lucky ma czasami problemy przez krótkie łapki, ale jak chce to potrafi! :))
Dzisiaj udało mi się nakręcić filmik z naszego obecnego chodzenia przy nodze :) Dodatkowo "a kuku", z którym Lucky ma czasami problemy przez krótkie łapki, ale jak chce to potrafi! :))
Udało nam się zdobyć kilka zdjęć z Lakusiowej pracy :)
Lucky biega tunele, próbuje uczyć się slalomu, oraz oswaja się z kładką i huśtawką. A najśmieszniejsze jest to, że strefy są dla niego takie duże, a może raczej on jest tak mały w porównaniu do długości strefy, że bez problemu przez nie przedreptuje kilkakrotnie ;) (chociaż obawiam się że tylko na razie). A huśtawka (położona na ziemi na niewielkim podwyższeniu, tak by tylko trochę była ruchoma) z wielką trudnością się przeważa, jak te rozpędzone dwa kilo psa na nią wbiegnie ;) Ja się uczę natomiast ogólnego ogarnięcia, zmian itp, a przy tym ciągle boję się że pies zamiast wbiec w tunel przeleci obok (co miało miejsce), i ja go wtedy rozdepczę (co na szczęście się nie zdarzyło).
W międzyczasie obok "adżiliti" trenujemy dalej posłuszeństwo. Tu już obecnie idzie nam gorzej, gdyż zimne, błotniste czy śniegowe podłoże nie jest najprzyjemniejsze dla Lakusia, w efekcie czego odmawia siadania, o warowaniu nawet nie wspominając.
Pracuje nam się bardzo fajnie, jedyne co mnie najbardziej denerwuje to "wyłączanie się" psa od czasu do czasu, a wygląda to tak że Lucky biegnie biegnie tunel, zgarnia smaczka/piłeczkę w nagrodę, po czym radośnie biegnie na drugi koniec placu, z nosem przy ziemi, bo wyczuł tam cudze smaczki. I węszy, węszy, i szuka... A takie znalezione, czyjeś żarcie jest ogromną pokusą i czymś tak pysznym, że moje motywatory w saszetce nie mają szans. Czyjeś zawsze lepsze... A wyniuchane na ziemi smaczki które są za free bo nie trzeba biegać, myśleć, gimnastykować się i wykonywać komend aby je zdobyć są jeszcze fajniejsze. Na szczęście do innych psów mi nie zwiewa (chyba że do ich właścicieli, którzy mają smaczki!). Poza tymi drobnymi szczegółami radzi sobie jak na yorka całkiem dobrze i mimo wszystko jestem z niego dumna. :)
Ostatnio na psich blogach (m.in tu: PTYŚ czy tu BINGO , ale również w innych miejscach ) popularny jest temat "Bycia najlepszym" oraz " "Mania" najlepszego psa pod słońcem". Ostatnio też się nad tym zastanawiałam...
Z Luckym miałam o tyle 'dobrze', że podczas gdy on był radosnym szczeniaczkiem ja o szkoleniu wiedziałam niewiele (chociaż teraz też nie wiele wiem :) ) - znałam co prawda kliker i 'zasady jego działania', lecz nie skupiałam się na 'podstawowych podstawach'. Bardziej fascynowało mnie to że piesek umie podać łapkę, zrobić 'papa', czy obrót ;) A tak naprawdę bardzo niewiele ćwiczyłam z nim posłuszeństwa jako takiego. W każdym bądź razie wracając do tematu, o szkoleniu wiedziałam niewiele, więc Lucky był prowadzony przeze mnie tak bardziej intuicyjnie, nie wszystko robiłam dobrze, część rzeczy całkiem nieświadomie bardzo w nim zepsułam, co nieco udało nam się naprawić, ale nie wszystko - jednak myślę że robiłam z nim tyle ile powinnam robić jeśli chodzi o pracę umysłową. Bo tą niewątpliwie miał zapewnioną już od pierwszych dni u mnie w domu - jednak tak jak wspomniałam - nie było to na zasadzie presji i ciśnienia 'my musimy być najlepsi', bardziej było to na zasadzie fun'u i zabawy.
Właścicielka Bingo napisała: "Biorąc Bingo miałam ambicje i wiele planów, pomysłów na przyszłość.", właścicielka Ptysia: "Moim marzeniem było Frisbee.(...)". A ja... ja biorąc psa nie miałam wielkiej świadomości o psich sportach (podejrzewam że gdybym wtedy przed wzięciem Lakiego, a byłam w wieku gimnazjalnym, zobaczyła te filmiki z super-psami łapiącymi frisbee czy biegającymi w agillity to też miałabym wielkie plany zawojowania świata ;) ) - a tak... z moją świadomością i ówczesną wiedzą wybrałam YORKA. Bo mały, bo lepszy na pierwszego psa, bo rasa jest 'ogólniedostępna', i można kupić szczeniaczka w każdej chwili (niestety, nie miałam wtedy też wiedzy o hodowlach i rodowodach...). Nie miałam planów startowania z nim gdziekolwiek, nie wiedziałam wtedy czego go będę uczyła, to wszystko wychodziło spontanicznie. Wzięłam psa dlatego że chciałam mieć psa samego w sobie - bez dodatkowych idei z tym związanych. I tak pojawił się Lucky. Muszę powiedzieć, że biorąc 'pierwszego lepszego' szczeniaka z pierwszej lepszej "hodowli" trafiła mi się perełka. Chętny do pracy, posiadający naturalny aport od szczeniaka (który mu baaardzo zepsułam niestety), skoczny, nieustraszony, nie boi się wysokości, nowych powierzchni, łatwo przystosowuje się do nowych sytuacji - mogłabym jeszcze tak wymieniać. A mógł mi się równie dobrze trafić york z zniszczoną psychiką - lękliwy, bojący się wszystkiego, jakich to przecież nie mało po świecie chodzi. Natomiast Lucky nigdy tak naprawdę nie sprawiał mi poważnych problemów. Do tych sztuczek które z nim robiłam nadawał się znakomicie i spełniał moje ówczesne wymagania w 100%. Później jak się dowiedziałam o ogólnych zasadach frisbee, to mu rzucałam rollerki i on biegł i mi je z powrotem przynosił, więc moja radość była ogromna :) Nie było z mojej strony żadnej presji, żadnych nacisków by miał piękną technikę skoku, odrywał zadek od ziemi itd - wystarczyło mi tylko że pobiegł, wziął w pyszczek, wrócił. I tyle ;)
Dopiero od września tego roku, kiedy Lakiemu właśnie stuknął 3 rok życia zaczęliśmy chodzić na szkolenie. I uczyliśmy się wszystkiego od podstaw, całej pracy w rozproszeniach i mnóstwie bodźców odwracających uwagę. Jednak może przez to że tak naprawdę dopiero zaczynamy naszą prawdziwą przygodę ze szkoleniem, i że to dzieje się właśnie teraz, a nie wcześniej, podchodzimy do tego na luzie. Robimy wszystko w swoim tempie, nie spieszy nam się nigdzie. Do bycia mistrzami też nam się nie spieszy. Tak jak pisałam Lucky to taki mały diamencik, ale nieoszlifowany ;), więc dobre podstawy mamy, teraz tylko trzeba je ukierunkować na właściwy tor.
Oczywiście, stawiamy sobie poprzeczki i nowe wyzwania, ćwiczymy, staramy się, ale jeśli nie dziś to jutro też jest dzień. Nauczyłam się patrzeć na Lakiego przez pryzmat jego predyspozycji i możliwości - wiem na co go stać, i nie porównuje go do czołowych zawodników frisbee/agility/obedience, a do niego samego. To że wróci pięknie na moje "do mnie", to że idzie ładnie przy nodze, skupi się na mnie ignorując inne psy, albo że będzie lepszy na treningu niż tydzień temu - to nasze małe-wielkie osobiste sukcesy :)
P.S. Aha. Jeśli odebraliście ten post jako 'to że z szczeniakiem robiłam sztuczki a dopiero w wieku 3 lat zabrałam się za posłuszeństwo to wyszło nam na dobre, więc każdemu to polecam', to przepraszam, nie to było moim zamiarem ;) Tak to mogło zabrzmieć, lecz z moim drugim psem pierwszeństwo będzie miało posłuszeństwo, a sztuczki to rzecz drugorzędna. Jednak z Lakim wyszło akurat to w odwrotnej kolejności, ale czasu nie cofnę. Mogę tylko teraz zabrać się za to co zostało nam do zrobienia. A jeżeli już o tym mowa, to Pan York nadal dzielnie ćwiczy na dworze, mimo deszczowej i ogólnie bardzo nieprzyjemnej pogody! I to nasz kolejny własny sukcesik :))
Dzisiejszy odcinek sponsorują... gryzaki! Właśnie tak! I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że Lucky w swoim 3-letnim życiu dosłownie kilka razy przejawił znikome zainteresowanie gryzakiem (czyt. ponosił go po pokoju, spróbował ugryźć, ale to to jakieś twarde, duże, nieporęczne, plącze się pod łapami i w ogóle...). Dzisiaj gdy Laki zaczął się czepiać transportera próbując go zjeść (sic!) przypomniałam sobie że mam w zapasach szufladowych coś na ząb do gryzienia. Wcześniej już kilkukrotnie próbowałam mu to dawać, ale Lucky nie był zainteresowany. Dlatego z niewielkimi nadziejami położyłam przed Lucky'm gryzak, a ten wziął, poszedł na dywan, i zaczął jeść. I memlać. I skubać. Minęła godzina, a ja nadal słyszałam za swoimi plecami odgłosy gryzienia...
Zastanawiam się czym jeszcze mnie jest w stanie zaskoczyć ;) Bo w życiu nie spodziewałabym się, że pies który nie tknie twardego - nagle zacznie zjadać takie rzeczy ze smakiem... Hmm...
Zastanawiam się czym jeszcze mnie jest w stanie zaskoczyć ;) Bo w życiu nie spodziewałabym się, że pies który nie tknie twardego - nagle zacznie zjadać takie rzeczy ze smakiem... Hmm...
:)